Co się stało z polskim kadrem?

Co się stało z polskim kadrem? Co się stało ze mną…
Nie wiem o czym pisać?  Nie, to nie tak. Wiem o czym.
Nie wiem jak się zmobilizować. Nie wiem jak usiąść i napisać. Gdzieś się zgubiłam. Coś we mnie uleciało. Coś się poukładało nie tak, jak bym chciała.
Chwilowe załamanie.

Przerwa.

Trzymajcie kciuki, by jak najszybciej we mnie się to wszystko poukładało.

Słowo na niedzielę: Sąsiedzi

Ukraina miała szansę, Janukowycz jej nie wykorzystał i ponosi za to pełną odpowiedzialność. Będzie musiał ponieść tego konsekwencje, jesteśmy o tym przekonani, jeśli on nie podpisze tej umowy, to zrobi to nowy prezydent, którego wybierzemy na jego miejsce. Ludzie wychodzą aby protestować, to zrozumiałe. To walka o życie, o wizję, o przyszłość. Bez walki nie ma zwycięstwa. Dlatego wszyscy protestujemy, wszyscy chcemy żyć w Europie. Prezydent Janukowycz trzyma pełnię władzy w naszym kraju, odpowiada za wszystko, co dzieje się z Ukrainą. Trzy lata temu ogłosił, że naszym priorytetem będzie integracja z Unią Europejską. Od tamtej pory miał wiele spotkań z europejskimi przywódcami. Jednocześnie poziom korupcji na Ukrainie bardzo wzrósł, sądy nie funkcjonują i spełniają tylko wolę prezydenta. Nie mamy wolnego rynku, nasza gospodarka tonie. Ukraińcy nie mają żadnych perspektyw, żadnej przyszłości. Siedem milionów obywateli nie może się tu spełniać i pracuje za granicą. I teraz w takim momencie prezydent cofa swoje deklaracje. Wyrzucił naszą eurointegrację do kosza.

Bez obaw, to Kliczko, nie ja… W rozmowie z TVN24.

Unia Europejska… Taaak… Walka o życie, o wizję, o przyszłość. Za przeproszeniem, ale jaka to przyszłość. Wolny rynek? Jaki w Polsce (a co za tym idzie w Unii) mamy wolny rynek? Z tego co mi się wydaje w Polsce mamy pozornie wolny rynek, sprowadzający się i tak do tego regulowanego. Unijna gospodarka tonie? To i tak dobrze, gdyż polskiej gospodarki dawno nie ma, jest za to chińska…
Jasne Janukowycz spotkał się z europejskimi przywódcami i zmądrzał po prostu.

Ale ale… Chwileczkę… Dlaczego Unia tak upiera się na Ukrainę, która nie dość, że jest skorumpowana, ma zawisłe sądy, tonącą gospodarkę to jeszcze trzyma w więzieniu i nieludzkich warunkach zbrodniarkę polityczną? Tania siła robocza, rynek zbytu? A może jakiś inny potencjał? Bliskość terytorialna do największego przeciwnika – Rosji?

Parafrazując słowa Kliczki: Ukraina miała szansę, rozszarpać siebie, zniszczyć od środka, dać zgrabić całą swoją gospodarkę. Własnie ją zaprzepaściła.

http://www.naszdziennik.pl/swiat/60360,putin-oskarza-unie.html

Miliony Ukraińców chcą tej umowy, miliony chcą żyć w UE, a nie według tych praw, które proponują nam nasze władze.

Znów Kliczko. Ja znam takich. Zafascynowanych aktywistów. W rozmowie z takimi, co drugie słowo amerykańskie, koszmarna maniera „eeee”, gdy mają wydukać jakąś wymagającą myślenia wypowiedź. Tacy fajni, indywidualni, że aż nie wiedzą jak bardzo są przeciętni i najliczniejsi w społeczeństwie. A dopiero jak są w 4 literach płaczą, gdy jest dużo za późno.

http://www.naszdziennik.pl/swiat/60318,ukraincy-chca-umowy-z-ue.html

No i ta Julia cała. Biedna to kobieta w sumie, choć mi tam nie żal przestępców. Ale narzędziem w tej rozgrywce jest – niezaprzeczalny to fakt. No i jeszcze jakieś znajome nazwisko mi się tu przewija…

http://www.pch24.pl/tymoszenko-zostaje-w-wiezieniu–ukraina-o-krok-dalej-od-unii-europejskiej,19321,i.html

Dumnie noszący owo nazwisko zapraszany jest przez Jarosława Kaczyńskiego do delegacji na Ukrainę.

http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/444557,jaroslaw-kaczynski-jedzie-na-ukraine-zaprasza-sikorskiego-z-kwasniewskim.html

Należy popierać to wszystko, co prowadzi Ukrainę ku Europie.

Tym razem Kaczyński.
Mhm. Nie mam więcej pytań…
Już w przyszłym roku kolejne wybory samorządowe, za kolejny rok parlamentarne i prezydenckie. Rozumnie pójdźmy do urn.

A na koniec poezja Tuwima, w wykonaniu (dobra, teledysk do bani) zespołu Akurat. Tak dziś aktualny, choć moim karabinem jest dziś słowo

[youtuber youtube=’http://www.youtube.com/watch?v=7wChlvZbXjY’]

Słowo na niedzielę: …

Ja

O poranku budzi mnie odgłos bosych stópek Córki. Przychodzi do mojego łóżka o 7:32 i z uporczywym „Mamooo! Wstaaawaaaj! Pobudka!” zaczyna mój każdy poranek. Otwieram oczy i zaczynam kolejny dzień. Mam raczej trudne wstawanie.

Polska

O poranku budzą się miasta odgłosem otwieranych drzwi tramwajów, czy wsie szczekaniem psów i pianiem koguta. Ostatnio coraz więcej obywateli ma coraz trudniejsze poranki. Głowa boli od nadmiaru, bynajmniej nie pieniędzy i szczęścia. Nędza i poranny ból głowy.

Ja i Polska

Tyle razem przeżyłyśmy. Rządy prawicy, lewicy i centrum. Wspólnie przeżyłyśmy denominację, szereg reform zdrowia i edukacji. Przeżyłyśmy pustki w sklepach i konsekwencje upadku komunizmu. Przeżyłyśmy upadek polskiej przedsiębiorczości i wejście do Unii Europejskiej (czego akurat dzięki festynowi na podchoszczańskiej wsi nie pamiętam), a czego skutki możemy obserwować na sklepowych półkach made in PRCh. I przeżyjemy jeszcze wiele.

Polska

Ale Ona przeżyje więcej niż ja. Bo trwa od tysięcy lat i setek tysięcy pokoleń. I trwać będzie, nawet kiedy mnie już nie będzie. Tyle się wydarzyło i jeszcze wydarzy. A Ona trwać dalej będzie…

Ja

Tyle się ostatnio wydarzyło, a jakby się nic zupełnie nie stało. Jutro o poranku znów z wielkim trudem  podniosę bolącą głowę, na cudowny odgłos bosych stópek Córki

[youtuber youtube=’http://www.youtube.com/watch?v=tRTHFx6f_D8′]

Słowo na niedzielę: za co?

Niepokojący wierszyk krąży ostatnimi czasy po internecie. Za co NIE kocham cię, Polsko!

1382834_187891391396631_753601749_n (1)

Nie podoba mi się on. Całe życie tłukłam sobie do głowy, że kocha nie za coś, a  pomimo. Nad definicją ogólną miłość niedawno się zastanawiałam, gdyż zostałam o nią zapytana. Nie ma jednej słusznej definicji, gdyż nie ma jednej i słusznej miłości. Tak, tyczy się to także miłości do Ojczyzny. Miłość to taki uniwersalny temat. Wierszyk mnie niepokoi, gdyż nie rozumiem jak można kochać Ojczyznę, gdy idzie wszystko gładko, są proste drogi, każdy ma wymarzoną pracę, super polityka i socjal. Natomiast jak zaczynają się problemy, pod górkę czy nawet jakieś kłody na drodze, to koniec. Nie ma Miłości. Podejrzewam, że Jej w ogóle nigdy w takim wypadku nie było, albo autor nie wie, co to jest Miłość.
Proponuję zrobić sobie taki test, choć pewnie wyjdę znów na „prawicowego katola”, otwórz Pismo Święte na Pierwszym Liście św. Pawła do Koryntian i rozdział 13. przeczytaj, ale… Zamiast słowa „miłość” wstaw tam swoje imię. Nie czyje inne tylko swoje, duże JA.
I co, przeczytane?
To Ty jesteś początkiem do wszystkiego, do każdego celu. Miłość, czy do człowieka, czy do Ojczyzny, to Ty. Miłość to stan Twojego umysłu. Polska to stan Twojego umysłu. Ty jesteś Miłość, Ty jesteś Polska. A jak można nie kochać siebie?

za co? to pseudonim mojego znajomego, którego 7. rocznicę śmierci będziemy niedługo obchodzić. Kiedy umarł miał zaledwie 20 lat. Odszedł w niedzielę, umówieni byliśmy na poniedziałek, mieliśmy razem smażyć placki ziemniaczane.

Spieszmy się – ks. Jan Twardowski

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko co nieważne jak krowa się wlecze 
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje 
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna 
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego 

Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna 
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor 
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej 
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu 
jak dzwięk troche niezgrabny lub jak suchy ukłon 
żeby widziec naprawde zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć
kochamy wciąż za mało i stale za późno 

Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze 
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny 

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości 
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą 

Słowo na niedzielę pisane w czwartkowy wieczór

Witam serdecznie Was moi Drodzy Czytelnicy. Dziękuję za tak liczne wsparcie, że będziecie czytać to co piszę, że to lubicie. Że to co robię ma sens. Dziękuję, że jesteście.

Zdecydowałam napisać się Słowo na niedzielę dzisiaj, w czwartkowy wieczór,  z dwóch powodów. Pierwszym z nich jest rocznica jaką mamy dzisiaj. Wiecie już? Kilku zapytanych wcześniej znajomych nie wiedziało.
Dziś mianowicie jest 69. rocznica poddania Powstania Warszawskiego. 3. października 1944 roku podpisano oficjalną decyzję o zawieszeniu broni. 3. października to dobra data na słowa o Powstaniu. 1. sierpnia, całe to napompowanie heroizmem, chęcią zmian, walką do ostatniej patriotycznej kropli krwi. Natomiast w rocznicę poddania można podsumować straty. Poległo 10 tyś. Żołnierzy, 6 tyś. uznano za zaginionych, natomiast ofiar cywilnych było nawet do 200 tyś. Zginęło 1570 Niemców. Wielu zostało rannych, po polskiej i niemieckiej stronie. Ludzie.  Nie ważne, Polak, Niemiec. Człowiek. Mężczyzna, kobieta i dziecko. Rodzina. Mogłaby być rodzina. Jest śmierć. A śmierci nie da się ocenić. Więc nie oceniam bohaterów, którzy zostali wpuszczeni w kanał. Nieprzygotowanych ani militarnie, ani psychicznie na ten powstańczy akt. Poległych.
Chwała Im i cześć!
Posłuchajmy:

Stanisława Celińska – Litania piwnic
Piosenka autorstwa Mirona Białoszewskiego wykonana podczas widowiska w 65. rocznicę Powstania Warszawskiego. Interpretacja pierwsza klasa, lubię zresztą piosenkę aktorską
[youtuber youtube=’http://www.youtube.com/watch?v=i4xUaFQYo5k’]

Lao Che – Czerniaków
Piosenka powstała wraz z płytą Powstanie Warszawskie, debiut miała na otwarciu Muzeum Powstania w Warszawie w 2004 roku.
[youtuber youtube=’http://www.youtube.com/watch?v=4cA2r4iqdQk’]

Ostatnio Ktoś Mądry spytał, że jak to jest, tyle lat po Wojnie minęło, Wojnie, która rozpoczęła się agresją Niemców na Państwo Polskie, jednakże to wciąż Niemcy są bohaterami w książkach, chociażby tych o Riese (tu przytyk do moich drogich eksploratorów). Jak to jest, że interesuje Was austriacki inżynier, a nie znacie nazwiska drugiego po Edwardzie Wawrzyczku pana – Polaka, który po wojnie zamieszkał na Zamku Książ? Jak to jest, że kręcicie się wciąż, zastanawiając się nad tajemniczymi niemieckimi planami, a w takim Wrocławiu, dużym mieście, są tylko dwa miejsca pamięci Żołnierzy Polskich?

Drugi powód, dla którego pisze w czwartek, a nie minioną niedzielę, to dialog. I nie chodzi mi o sieć telefonii, a rozmowę. Bo okazało się, że ja nie umiem rozmawiać. A przede wszystkim nie umiem mówić tego, co myślę. Potrzebowałam dialogu. Bardzo ważnego. Najważniejszego. Czy efekt był zadowalający? Czy to coś zmieni? Nie wiem tego jeszcze dzisiaj. Ale dobrze Wam radzę. Rozmawiajcie. Szczerze i bez ściemy. Rozmawiajcie ze swoimi Rodzinami, bliskimi, niebliskimi też, ale wyróbcie sobie w sobie nawyk rozmowy. Może Wam się uda!

Pokaże Wam na koniec niedzielny kadr :) Polski Kadr, choć poniemiecki. Wykonany w jednym z moich miejsc na ziemi. Przy pałacu w Jedlince. Kadr podniebny, lubię takie.

IMG_7158

Słowo na niedzielę: Historia i równanie w dół

Historia

Zacznijmy od historii i miejmy to za sobą. Kolejna historyczna data za nami. Zamówienie dostałam na omówienie 17. września. I pewnie nie chodziło o 39. rocznicę podpisania umowy z Fiatem na produkcję Poloneza FSO. 17. września 1939 roku o godzinie 3:00 rozpoczęła się agresja wojsk radzieckich na Polskę.
Zdrada!
No to posłuchajmy klasyki:

[youtuber youtube=’http://www.youtube.com/watch?v=5UB1hlbDLuo‚]

I trochę mniejszej klasyki (na marginesie: znacie projekt Pawła o Jednomandatowych Okręgach Wyborczych (JOW) – http://zmieleni.pl):

[youtuber youtube=’http://www.youtube.com/watch?v=bPOu3LsPMnA’]

Nie czuję się kompetentna by oceniać to wydarzenie. Wiem jedno, nie wolno oceniać mi tych ludzi. Taki był rozkaz. Rozkaz: strzelać! To byli ludzie, tacy sami jak my, tyle że po drugiej stronie barykady. I im także należy się szacunek. Zapraszam aby popatrzyć miejsce ich pamięci: http://nickt.pl/milejczyce-cmentarz-zolnierzy-radzieckich/
A akurat dzisiaj takie zdanie mam na temat wojny:

Julian Tuwim – Do człowieka prostego

Gdy do murów klajstrem świeżym
Przylepiać zaczną obwieszczenia,
Gdy „do ludności”, „do żołnierzy”
Na alarm czarny druk uderzy
I byle drab, i byle szczeniak
W odwieczne kłamstwo ich uwierzy,
Że trzeba iść i z armat walić,
Mordować, grabić, truć i palić;

Gdy zaczną na tysiączną modłę
Ojczyznę szarpać deklinacją
I łudzić kolorowym godłem,
I judzić „historyczną racją”,
O piędzi, chwale i rubieży,
O ojcach, dziadach i sztandarach,
O bohaterach i ofiarach;
Gdy wyjdzie biskup, pastor, rabin
Pobłogosławić twój karabin,
Bo mu sam Pan Bóg szepnął z nieba,
Że za ojczyznę – bić się trzeba;
Kiedy rozścierwi się, rozchami
Wrzask liter pierwszych stron dzienników,
A stado dzikich bab – kwiatami
Obrzucać zacznie „żołnierzyków”. –
– O, przyjacielu nieuczony,
Mój bliźni z tej czy innej ziemi!
Wiedz, że na trwogę biją w dzwony
Króle z panami brzuchatemi;
Wiedz, że to bujda, granda zwykła,
Gdy ci wołają: „Broń na ramię!”,
Że im gdzieś nafta z ziemi sikła
I obrodziła dolarami;
Że coś im w bankach nie sztymuje,
Że gdzieś zwęszyli kasy pełne
Lub upatrzyły tłuste szuje
Cło jakieś grubsze na bawełnę.
Rżnij karabinem w bruk ulicy!
Twoja jest krew, a ich jest nafta!
I od stolicy do stolicy
Zawołaj broniąc swej krwawicy:
„Bujać – to my, panowie szlachta!”

Tuwim po raz kolejny okazał się być ponadczasowy (wiersz zamieszczony został w 1929 roku w czasopiśmie Robotnik). I znów ten Poeta mnie zachwyca. Niezmiennie.

Równanie w dół

Uwielbiam pracę z młodzieżą, ale ostatnimi czasy pewna tendencja wśród dzieciaków się powtarza. Równanie się w dół. „Dostałem jedynkę z matmy, ale cała klasa dostała”. Później okazuje się, że nie cała, a część. A ja nadal nie rozumiem tej wymówki. Jest w porządku, bo nie jesteś sam. Ale nie jesteś sam wśród przeciętności. W różnych miejscach życia byłam i naprawdę wolę iść sama, kiedy wszystko co mi do kolan ledwo dorasta idzie w inną stronę. Dziś „spoko, luz”, że byłeś jak większość Twojej klasy, jutro będzie „wszystko ok”, gdy jak większość wstaniesz rano, umyjesz zęby, szybko zjesz śniadanie, albo nie zdążysz, pójdziesz do pracy, przesiedzisz w niej 8 godzin i jeszcze 3 z limitu nadgodzin, wrócisz do domu zjesz obiad, kolację, wypijesz piwo, pooglądasz telewizor, pokochasz się z żoną i pójdziesz spać. Nie stać Cię na więcej? Myślę, że stać. Tak, jestem przekonana na 100%. Ja to wiem! Trzeba tylko zacząć wyrabiać w sobie dobre nawyki. A na to NIGDY nie jest za późno.

Równania w dół doświadczyliśmy własnie 1. września, gdy weszła ustawa o likwidacji zajęć dodatkowych w przedszkolach w godzinach funkcjonowania opieki przedszkolnej. Argumentem kluczowym jest równanie szans, gdyż rodziców nie każdego dziecka było stać na opłatę za owe zajęcia. Dlatego postanowiono wyrównać szansę. Wyrównać w dół.

O co w tym wszystkim chodzi? Wspólne spadanie. Ciągnięcie się w dół bez dna. Przypomniała mi się animacja Tomka Bagińskiego – Sztuka spadania.

[youtuber youtube=’http://www.youtube.com/watch?v=f9OtRxduVNk’]

Ale do rzeczy, zastanówcie się, gdzie warto być i z kim. Nie daj się zrównać poniżej Twojej głowy. Taki wpis się dzisiaj pojawił u Maruchy, warty poczytania.

Post Scriptum

Dostałam wiadomość, że jak dalej będę pisać takie teksty na polskim kadrze nikt mnie nie będzie chciał.

Więcej grzechów nie pamiętam. I nie żałuję.

Wrocław Osobowice – blokhauz

Osobowicki blokhauz jest budowlą należącą do pierścienia fortyfikacyjnego Festung Breslau. Jest to kolejowy blokhauz mostowy w filarze wiaduktu na linii poznańskiej, zbudowany prawdopodobnie ok. 1868 roku.
Jest on niedostępny, poważnie uszkodzony – ma zupełnie zawalony dach od strony wschodniej.
Budzi wiele kontrowersji, gdyż wrocławskie legendy głoszą, że z blokhauzu prowadzą tunele i tajemne podziemia wrocławskie.
Nie prowadzą.
Jest to jedyna taka budowla we Wrocławiu, resztę pierścienia fortyfikacyjnego stanowią forty piechoty.
Mimo starań obiekt nie został wpisany na listę zabytków.
O obiekcie można przeczytać na Czerwonej Liście Zabytków Dolnego Śląska.

[print_gllr id=890]

 

Środa Śląska – pomnik Żołnierzy Polskich

Bardzo miło się rozczarowałam, gdy przejeżdżając przez Środę Śląską zauważyłam, że w centrum  na placu Wolności znajduje się pomnik poświęcony Żołnierzom Polskim, upamiętniający ich powrót do Ojczyzny po II Wojnie Światowej. Jest to niezwykłe miejsce pamięci. Podczas święta 11. listopada składane są tam uroczyście wieńce.
Jak wskazuje tablica pamiątkowa, pomnik postawiony został w 1985 roku.
Obecnie wygląda tak:

[print_gllr id=880]

 

Słowo na niedzielę: Obcokrajowcy, historia i kadry

W utracie chwilowego natchnienia na pisanie Słowa na niedzielę, zadałam kilku osobom pytanie, o czym pisać. Jedna z zapytanych odpowiedziała: „Napisz o Cyganach w Kowarach”, druga natomiast „Napisz o Bitwie pod Wiedniem”. Tak więc spełniam dziś życzenia. Jak złota rybka.

Cyganie w Kowarach

Zacznijmy od tego, że nie lubię i nie używam pojęcia „Cyganie”, a wolę „Romowie”. Nie wiem też jak wygląda sytuacja Romów w Kowarach, choć zapytałam znajomego mieszkańca tego miasta, dowiedziałam się, ze starsi piją i snują się bez celu, a w młodych natomiast jest jeszcze jakaś nadzieja, dzięki unijnym/państwowym/miejskim/wiejskim programom pomocy. Więcej nie wiem, ale wiem jak wygląda to we Wrocławiu.
We Wrocławiu Romowie zamieszkują nielegalne koczowisko przy ul. Kamieńskiego, z którym miasto nie może nic zrobić. O brudzie, śmieciach nie muszę wspominać. Niedawno była organizowana akcja zbiórki funduszy tudzież fantów na wyprawki dla romskich dzieci idących do szkoły/przedszkola. Można poczytać o tym TU. W artykule możemy przeczytać: „Potrzebne są kolorowanki, książeczki, puzzle, gry planszowe, zabawki manualne dla grup przedszkolnych, ale także tablica stojąca, czajnik elektryczny, dzbanki, cukier, herbata i słodycze.
Wyprawka mojego dziecka natomiast kosztowała 50 zł. Spotykam dzieciaki romskie w komunikacji które bez żenady bawią się telefonami – wcale nie starego typu. Proponuję lepiej spożytkować swoje własne fundusze. Choć ja opłaciłam swojej Córce wyprawkę przedszkolną, chętnie przygarnę puzzle (lubię takie, gdzie jest 2000 elementów, z czego większość to bezchmurne niebo), gry planszowe, książeczki (tych uważam nigdy za wiele) i słodycze. Dużo słodyczy!

Bitwa Wiedeńska

12. września tego rok minęła 330 rocznica tego wydarzenia. Pokonano wtedy wojska osmańskie Kara Mustafy pod dowództwem Jana III Sobieskiego. Skutkiem tej bitwy Imperium Osmańskie przestało stanowić zagrożenie chrześcijańskiej części Europy.  Nie mam zdania na temat. Nie byłam orłem z historii w szkole. Jeśli już mówimy o rocznicach wrześniowych większe emocje budzi we mnie dzień 7. września i 24. rocznica (w tym roku) likwidacji przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oddziałów ZOMO. O tym natomiast mnie na historii nie uczono, jak i o żadnym wydarzeniu po maju 1945 roku.

Kadry fotograficzne

Przeżywam jesienną fascynację deszczem. Wnikam w kropelkowy świat. Chciałabym jeszcze bliżej, jeszcze bardziej i ostrzej przyjrzeć się temu światu z bliska. Mimo to wyciągam ze sprzętu czasami więcej niż przewidział producent:

DSCN4166 DSCN4169 DSCN4221 DSCN4223

Słowo na niedzielę: 1. września

Jakby ktoś jeszcze nie zauważył dzisiaj jest 1. września. Data na wzdłuż i wszerz wykorzystana przez historię, gdyż 1. września jest już dwa tysiące trzynasty raz w historii. W historii Polski trochę mniej, bo dopiero na przełomie X i XI wieku państwo Piastów nazwano Polską. Niemniej jednak w historii polskiej dzisiejsza data powtarza się wiele razy, zwłaszcza przy kilku ważnych wydarzeniach, jak np. wejście w życie Kodeksu Karnego – 1932 r. (i jego nowelizacja – 1998 r.), początek Kampanii Wrześniowej – 1939 r., otwarcie Polskiego Cmentarza Wojennego na Monte Cassino – 1945 r., zabójstwo Piotra Jaroszewicza – 1992 r.

1. września polskie dzieci idą co roku do szkoły – chyba, że jak dziś, wypada ten dzień wolny od pracy – po dwumiesięcznej wakacyjnej przerwie. Pamiętam, że był to dla mnie zawsze radosny i fajny dzień. Dlatego też, nie możemy zapomnieć o tragedii, która wydarzyła się w rosyjskiej Biesłanie w 2004 roku, gdzie podczas ataku terrorystycznego zginęło 377 osób z czego 171 to dzieci.

Zmieniając temat na bardziej łagodny, na początku funkcjonowania tej strony napisałam, że szukam kadrów. Polskich kadrów. Stąd też taka nazwa strony.
Mi 1. września kojarzy się z późnym latem, więc dzisiaj będzie kilka późno-letnich lub jak kto woli wczesnojesiennych kadrów.
Takie pierwsze oznaki polskiej jesieni, które nie są żółtymi liśćmi na drzewach:

DSCN3693

Miód nawłociowy posiada wyjątkowy, lekko kwaskowy smak, często krystalizuje do konsystencji kremu. Ma także zastosowanie lecznicze: stosowany w leczeniu układu moczowego, prostacie, dróg żółciowych oraz stawów. Wykazuje działanie moczopędne i żółciopędne, przeciwzapalne i dezynfekujące. Posiada dużo rutyny i kwertycyny, które poprawiają ukrwienie nerek, a także żył kończyn dolnych.
Mi najbardziej smakuje jednak miód rzepakowy.

DSCN3728Śliwki mirabelki są bardzo odporne na przymrozki i rosną niemalże na każdym rodzaju gleby, więc obficie owocują w naszym trudnym polskim klimacie. Można z nich zrobić domowe przetwory: dżemy, soki, powidła. Mają także zastosowanie lecznicze, mianowicie można z nich zrobić syrop , który pomaga w profilaktyce przeziębień.
U mnie na osiedlu jest sporo takich dzikich drzewek, a owoce są smaczne. W zeszłym roku owocowały znacznie mniej, natomiast wtedy był ewidentny sezon na jabłka.

DSCN3728 (2)

Persica vulgaris, brzoskwinia zwyczajna. Taka brzoskwinia, to polska brzoskwinia, i taką znajdziemy w ogródkach, czy przydomowych hodowlach. Nie wyrośnie Wam coś takiego jak w sklepie. Jest mniej słodka, a dżemy wychodzą często koloru różowego.  Ma zastosowanie lecznicze, gdyż jest moczopędna, pomaga w schorzeniach reumatycznych, ma także działanie uspokajające.

DSCN3708

No i na koniec dmuchawce. Nie ma ich zbyt wiele późnym latem. Są grubsze i trudniej się je dmucha :)

Zagadka Starego Książa

Wśród dolnośląskich lasów w Książańskim Parku Krajobrazowym ponad Doliną Pełcznicy rozpościera się malownicze krajobrazy. Z licznych punktów widokowych można podziwiać dwa zamki należące przed II Wojną Światową do rodziny Hochbergów – Zamek Książ, oraz Stary Książ. Wiele legend związanych z tymi dwoma niekwestionowanej wagi zabytkami przetrwało do dzisiejszych czasów. Najciekawsze legendy i zagadki dotyczą czasów Wojny i związane są z tajemniczym i do dziś niewyjaśnionym projektem Riese, z którym związane były także obiekty w okół zamku Książ. Jednakże w tej chwili nie tajemnicami Riese się zajmę, choć i na nie przyjdzie czas, ale teraz cofnijmy się do lat, kiedy Księżniczka Daisy przyjechała na zamek Książ i opisała go w swoich pamiętnikach tymi słowami: „Wiele ze starych pokoi, w jednej części domu, znajduje się faktycznie w skale i aby dojść do tej części zamku, należy przejść przez kamienny most, który łączy rzekę płynącą daleko w dół poniżej dna głębokiego wąwozu.”
Zaczęłam szczegółowo analizować te słowa i zwróciłam uwagę na słowo dom. Obecnie słowem dom określa się zazwyczaj  budynek mieszkalny, w tamtych czasach natomiast mogło to być domostwo – zamek z przyległościami. Zważywszy uwagę na drugą stronę rzeki w dalszej części wypowiedzi, uznałam że chodziło o Stary Książ, zwłaszcza że znane nam są ryciny, na których widać podziemne jaskinie, które przez Księżną mogły zostać uznane za pokoje:
502zw4ow1

Ale także obecnie jedną z atrakcji w ruinach jest podziemny korytarzyk:
DSCN0828

Jedyne, co budziło moją niepewność i stało się zagadką, to ów kamienny most.

Swoje poszukiwania rozpoczęłam od analizy starych map. Zaczęłam od tych najłatwiej dostępnych i zawsze pod ręką z lat 30-tych ubiegłego stulecia:
książNa mapie z 1930 roku wprawdzie stwierdziłam obecność trzech mostów, ale żaden nie odpowiadał opisowi Księżnej. Wszystkie znajdują się w dolinie rzeki, a nie wysoko ponad nią. Sięgnęłam więc do map i planów z lat wcześniejszych, na których wyraźnie widać szlak idący wysoko nad rzeką, oraz zaznaczony most, w miejscu w którym nie ma mostu na mapie z lat późniejszych:
2013-04-15_215931

Jednym z punktem zaczepienia były stare ryciny – ta wyżej, oraz ta, na której widać most. Jednakże jest on drewniany i nie mam 100% pewności, ze był on nad doliną rzeki:
62822_242069132604210_1104190283_n

Dokonałam też bardzo szczegółowej kwerendy archiwalnej, o której opowiadanie w tym momencie opuszczę, gdyż znajdzie się ona razem z tym wpisem w mojej książce, której wydanie przygotowuję powoli, lecz skutecznie. Jedyną wnioskiem jest, że most rzeczywiście tam był.

Kolejnym krokiem było poszukanie po niemal 100 latach śladów mostu, o którym pisała Księżniczka Daisy. Kierując się starą mapą postanowiłam odszukać wszystkie punkty widokowe, które są na drodze pomiędzy nowym zamkiem, a Starym Książem. Pierwszy punkt widokowy był bardzo zadbany, ogrodzony, a widok z niego naprawdę bajeczny:
DSCN0792
Kolejne punkty widokowe natomiast nie znajdowały się już na szlaku i żeby do nich dotrzeć trzeba było przejść się starym szlakiem. Niestety świetność tych miejsc skończyła się dawno temu, gdyż były bardzo zarośnięte, a widok z nich zasłonięty przez drzewa. Rozczarowało mnie także, że z żadnego z nich nie można było dostrzec wśród schowanego wśród drzew Starego Książa.
DSCN0795
Po znalezieniu ostatniego punktu widokowego przyszedł czas na zejście ze szlaku i pójście w dół tuż obok miejsca, gdzie stał most. Nie było to łatwe, gdyż jest dość stromo. Natomiast łatwo dało się odnaleźć miejsca, w których stały podstawy mostu:

DSCN0803 DSCN0798

Na koniec taka drobna dygresja, kiedy w maju tego roku zadałam kilku eksploratorom pytanie, czy mógł być most nad Doliną Pełcznicy, dowiedziałam się, że nie, bo nie ma miejsca. Nie ma szans. I nie ma śladów. Nauka z tego taka, żeby wnioski i opinie kreować na podstawie własnych osądów, własnych badań i rozmyślań.

Zamek Książ oczami kobiety

I to nie tylko moimi. Dziś zastanówmy się nad pierwszym wrażeniem, jakie Zamek w Książu wywarł na księżnej Daisy Hochberg von Pless, żonę ostatniego włodarza Książa.

W swoim pamiętniku Księżna pisze:

„Zamek Książ jest pięknie położony: wieńczy okrytą sosną skałę na wysokości powyżej 200 stóp na południowy zachód i północ i dominuje nad ogromnym obszarem wiejskim z lasami, jeziorami i szerokimi połaciami równin, które bledną w porównaniu z odległymi górami. Wiele ze starych pokoi, w jednej części domu, znajduje się faktycznie w skale i aby dojść do tej części zamku, należy przejść przez kamienny most, który łączy rzekę płynącą daleko w dół poniżej dna głębokiego wąwozu. Wszystkie drogi zamku stopniowo wznoszące i zbliżające z każdego kierunku, to stale zwierająca się perspektywa zachwycającej cudowności. Zamek jest usytuowany w pobliżu zachodniej granicy Śląska, gdzie styka się z tym, co było starą czeską granicą w malowniczej górskiej krainie znanej w Niemczech jako Sudetengebirge. Pierwotnie była to forteca otoczona fosą i Burgwarte lub wieżą strażniczą i została wzniesiona w celu obrony granicy (…).

Z bramy głównego parku wspaniała aleja lipowa stopniowo wiedzie do wejściowych wież strażniczych i przechodzi przez zewnętrzne i wewnętrzne podwórko – dziedziniec ozdobiony kwiatami, aż do głównego wejścia fasady wschodniej.

Tak naprawdę Książ nie jest spokojnym miejscem. Niemożliwe jest nawet chodzenie po trawie, by nie być w zasięgu oczu służących. Idąc na spacer trzeba zawsze przejść obok muszkietera, a tarasy są twarde i zimne (…). Moim zdaniem są za bardzo uporządkowane i zbyt oficjalnie wyglądają. Nie ma narożnika, który byłby wypełniony rozmaitymi kwiatami, na których tańczą motyle i brzęczą pszczoły. (…) Książ zawsze kojarzył mi się z samotnością. Być może dlatego, że dla mnie leży on w zupełnie obcym kraju.

Gdyby tylko byli tam jacyś mili, prości, wiejscy sąsiedzi, zamiast plotkujących, zazdrosnych i ograniczonych umysłowo hrabin i hrabiów, jakżesz to zmieniłoby o nim moje zdanie. W księżycowe noce zwykłam przechadzać się po tarasach sama, podchodzić do schodów (…) i wsłuchiwać się w szum rzeki w dolinie (…). Ten kraj mnie drażni.”

Myślę, że dogadałabym się z Księżną, mamy podobny punkt widzenia i kilka cech wspólnych.

Kiedy ja byłam pierwszy raz w Książu też zachwyciłam się położeniem zamku, zwłaszcza że podczas moich pierwszych wizyt miałam przyjemność, nie tyle być na samym zamku, co obejść go w okół, podziwiając panoramę. Ogrody zobaczyłam dopiero, gdy Maja miała miesiąc, a sam zamek wewnątrz dopiero w zeszłym roku. Podobnie jak Księżną, nie zachwyciły mnie ogrody, miały w sobie coś bezdusznego.

Jednak zaciekawił mnie coś innego, w tym fragmencie, a mianowicie wiele starych pokoi wykutych w skale, do których prowadzi kamienny most wysoko nad rzeką.

Rozumiem, że miała na myśli Pełcznicę, ale dlaczego most był wysoko nad rzeką? Nie przypominam sobie takiego miejsca. Ba! Nie widzę możliwości, aby taki most mógł istnieć wysoko ponad Pełcznicą. Myślę, że mógł to być jakiś błąd tłumaczki, bo z samego stylu pisania Księżnej, nie sądzę, aby robiła aż takie błędy.

Myślę też, że chodzi o Stary Książ. Natomiast pokoje wykute w skale wydają się potwierdzać także istnienie niewidocznych dziś kondygnacji Starego Książa. Chyba, że Księżna pisze jeszcze o czymś innym, o czym ja nie wiem. Jeśli ktoś ma jakieś pomysły na interpretacje tego fragmentu, proszę się podzielić w komentarzach.

Fragment mapy z 1930 roku z widocznymi trzema mostami nad Pełcznicą:

Zdjęcia zamku z 2009 roku:

Na blogu Wojtka można przeczytać fragment wspomnień innej kobiety na temat Starego Książa.

Fragmenty wspomnieni Daisy pochodzą z książki  Daisy Hochberg von Pless „Taniec na wulkanie 1873 – 1918”, Kraków 2003, tłum. Mariola Palcewicz.

Fotografie – zbiory własne.

Wpis ten jest kopią wpisu zamieszczonego niegdyś na moim blogu.

Słowo na niedzielę: O czytaniu i głupocie

Zacznijmy może nietypowo. Nie po polsku. A tym razem po chińsku. Mocno, bo o rewolucji kulturalnej, ruchu polityczno-społecznym w Chinach zainicjowanym przez Mao Zedonga w 1966 roku i trwającym do 1976 roku. O jednym z wydarzeń tego dziesięciolecia chciałabym napisać dzisiaj. Mianowicie chodzi mi to, co zdarzyło się na Placu Niebiańskiego Spokoju 18. sierpnia 1966 roku, kiedy to 11 milionów czerwonogwardzistów wysłuchało przemówienia Lin Biao – najbliższego współpracownika Mao Zedonga – w którym to zachęcił do buntu i zwalczania przeżytków feudalizmu. Niszczono „Cztery stare rzeczy” czyli stare idee, starą kulturę, stare zwyczaje oraz stare nawyki w teorii. W praktyce wyglądało to tak, że niszczono pagody i świątynie, zamykano szkoły i uniwersytety, zabraniano gry w szachy, puszczania latawców, czy śpiewania dzieciom kołysanek, atakowano i torturowano intelektualistów oraz artystów, nie pozwalano się ozdobnie ubierać i czesać, zabroniono obchodzenia tradycyjnych świąt i organizowania tradycyjnych uroczystości ślubnych czy pogrzebowych, zmieniono nazwy ulic i placów, wreszcie plądrowano domy, by wyzbyć się wszelkich pamiątek, niszczono i palono książki.
Mao Zedong powiedział: „Konieczna jest polityka utrzymywania ludzi w stanie głupoty.”
Był jeden słuszny kierunek w kulturze, czysto propagandowy.

Dlaczego o tym piszę? Ostatnio zostałam posądzona o głupotę dlatego, że oceniam Wojsko Polskie na postawie niezależnych artykułów, a nie na podstawie strony Ministerstwa Obrony Narodowej. Czuję się jak zdrajca, który schował pod pazuchą literaturę, która nie jest Czerwoną książeczką Mao – zbiór cytatów przewodniczącego.  Rozumiecie o co mi chodzi? Może ten człowiek, co mi głupotę próbował wmówić, żyjąc w Chinach w czasie byłby czerwonogwardzistą. Ja nie.

Jest inny aspekt, dla którego pisze o rewolucji. Otworzyłam dziś sobie raport GUS za lata 2009-2011 (taki jest dostępny od marca 2013 roku), zajrzałam w tabelę dotyczącą książek i co widzę, że przeciętnie Polak wydał w tych latach na zakup książek 4,90 zł w skali roku. Co się okazuje, w tym tygodniu tę kwotę przekroczyłam dokładnie 12-krotnie. Co więcej z tej samej tabeli wynika, że przeciętnie Polak na telewizję (normalną i kablową) wydał 39,55 zł. czyli 8 razy więcej niż na literaturę. Tę statystykę natomiast obniżyłam, gdyż w ogóle nie oglądam telewizji. Ba, telewizora nawet nie posiadam.

Często rozmawiam z ludźmi na temat czytania, kupowania książek. Najczęstszy argument jaki pada, to „nie stać mnie”, „przy moich zarobkach mi nie starcza”.
„Człowieku!” – myślę sobie  – „Gdybyś wiedział jaki ja mam miesięczny dochód, to byś się na leżąco przewrócił”.
Kupuję książki sobie – jestem fascynatką literatury azjatyckiej (ale i też polskie najnowsze wydania czytam, choć szczerze mówiąc poziom nie jest wysoki) – a takich wierzcie mi, w bibliotece po prostu nie znajdę. Kupuję książki też mojej Córce.
W ogóle jeśli mam być szczera, to prezenty jakie robię bliskim, a zwłaszcza dzieciakom, to literatura. Kilka lat temu pewien chłopiec był rozczarowany widząc wśród prezentów komunijnych 9 książek Alfreda Szklarskiego (cała seria o przygodach Tomka Wilmowskiego). Po czasie zatelefonował do mnie dziękując, za tak fajną literaturę. Dziękowała także jego matka, gdyż wcześniej jej dziecko nie było zainteresowane czytaniem.
Bo czytanie rozwija wyobraźnię. Nie ma trzeciej takiej rzeczy, która robi to aż tak bardzo. Dlaczego napisałam „trzeciej” okaże się niżej. I czytanie kształci. A jak myślicie, skąd wiem o rewolucji kulturalnej w Chinach? Tego w szkole nie uczą. I nie rozumiem, gdy ktoś mi mówi, że nie czyta, bo nie lubi, że czyta tylko gazety, bo od książek bolą oczy, a od gazet nie (tak, to autentyczna wypowiedź). Że woli obejrzeć film – to ja polecam przeczytać jedno z lepszych opowiadań jakie w życiu czytałam „Intymność” – Hanif’a Kureishi’ego, a następnie obejrzenie filmu o tym samym tytule z 2001 roku zainspirowanym książką, kręconym na podstawie kilku książkowych wątków. Obejrzenie polecam koniecznie i tylko po przeczytaniu książki. Film ów zdobył Złotego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie, zdobył też kilka polskich nagród. Dlaczego nie wiem, może z powodu wielu odważnych scen erotycznych, wszak bohaterowie filmu sekszą się w nim na potęgę. A seks się najlepiej sprzedaje. Ja uważam, że o ile tytułowa intymność w książce jest nadal intymnością, to w filmie staje się pornografią.

W moim domu zawsze się czytało. Czytała Babcia, Dziadek, Mama, Tato, Ciotki, Siostra, Kuzynostwo… Myślę, ze dzieci widząc czytających rodziców, czy bliskich także będą chciały po literaturę sięgać, taki nawyk czytania. Zresztą potwierdzenia tej tezy długo nie muszę szukać, sama mając 2,5 roku umiałam już czytać, gdyż widząc Dziadków, Rodziców i 6-letnią wówczas Siostrę czytających, podchodziłam do nich pytając, co to za literka. I tak nauczyłam się bardzo szybko składać pojedyncze literki w całość. Niejednokrotnie Mama wspomina jak jeździła ze mną tramwajem do żłobka, a ja – chude i małe jak na swój wiek dziecko – literowałam na głos reklamy ku ogromnemu zdziwieniu współpasażerów.
Miałam odłożone pieniądze na podróż wakacyjną z Córką (bo podróże rozwijają wyobraźnie i uczą na równi z książkami), ale wyjazd ów nie wypalił z przyczyn niezależnych. Postanowiłam niewielką część tych pieniędzy przeznaczyć na dwie książki dla siebie. Zapytana, dlaczego nie zorganizuję dziecku czasu zamiast sprawiać sobie przyjemność odpowiedziałam, że to nie jest tak. Robię to nie tylko dla siebie, ale także Córki. Jak zobaczy, że czytam, może i w Niej zaszczepi się czytanie. A podróż możemy przełożyć na inny termin.

Na koniec, dlaczego taki tytuł dzisiejszego artykułu? Na jednej z partyjnych konferencji Mao Zedong powiedział: Im więcej książek ktoś przeczyta, tym jest głupszy (…) Można trochę czytać – ale gdy ktoś czyta za dużo – to go niszczy, dosłownie rujnuje.
I wszystko jasne.

DSCN3682
Część biblioteczki mojej Córki

 

A tak naprawdę róbcie z tymi średnio 45 zł rocznie (za książki i tv z raportu GUS) co chcecie. Tylko mi potem nie marudzić i płakać, że się Wasze dzieci, wnuki, mężowie, żony, partnerzy nudzą, nie wiedzą co ze sobą zrobić i Wy sami też.

Klub 4. Regionalnej Bazy Logistycznej we Wrocławiu

Wczoraj zastanawiałam się, czy we Wrocławiu znajduje się jakieś miejsce lub pomnik upamiętniające Żołnierzy Polskich. Oczywiście poza husarskimi skrzydłami na Cmentarzu Żołnierzy Polskich, o którym pisałam TU. Wpisałam nawet w przeglądarkę hasło, ale bez efektu. Celem było więc znalezienie takiego miejsca, może a nuż widelec gdzieś jest.
Od kilku dni kłębią mi się w głowie najróżniejsze myśli, a najlepiej mi się układają, gdy jadę samochodem. Ponieważ miałam do załatwienia kilka spraw w mieście, postanowiłam pojechać dość okrężną drogą, ale też nie najprostszą, bo skręcałam w różne uliczki.
Tak też skręciłam w ul. Pretficza, gdzie mignął mi jakiś pomnik. Tak też zatrzymałam się na najbliższym dozwolonym miejscu i trafiłam przed Klub Oficerski dawnego Śląskiego Okręgu Wojskowego, a przed nim Pomnik Zwycięstwa Żołnierza Polskiego – no przecież!
Po zrobieniu kilku zdjęć pomnika skuszona otwartymi drzwiami, utonęłam na ponad godzinę w Klubie.

Oczywiście na wstępie zapytałam, czy mogę fotografować i uradowana, że dostałam zielone światło ruszyłam pędem w zaułki klubu. Poza salą kinową – mieściło się tam Kino Oko, na owej sali odbyła się także moja Studniówka w 2003 roku. Klub pełni nadal funkcję imprezowo-konfenerncyjo-kulturalno-wystawową.
Odnalazłyśmy tam m.in. salę wykładową – zamkniętą, ale także wystawę sztuki „Naturą malowane – asamblaże w masie papierowej”, oraz bibliotekę im. Cypriana Kamila Norwida.

Bardzo mi się podobała Sala rycerska, ze zbiorami zbroi oraz tarcz. Bardzo spodobała mi się zbroja husarska. Pierwszy raz coś takiego widziałam. Natomiast mojej Córce spodobała się kolejna sala – Sala Myśliwska, a w szczególności wypchane ptactwo. Sama salka miała jednak swój urok, przez chwilę można było się poczuć, jak w starej leśniczówce. Tak że do tej sali wracałyśmy trzy razy jeszcze :)

Nie wiedziałam, że we Wrocławiu można znaleźć takie fajne, bezludne i ciche miejsce, gdzie można w zadumie przez chwilę odpocząć.

Moje zdjęcia pomnika można obejrzeć także w Wikipedii TU.

[print_gllr id=772]

 

Stary Książ

W latach 20-tych ubiegłego stulecia była to restauracja Hochbregów, prowadzona przez jednego z lepszych rezydentów na Dolnym Śląsku. Zanim wywiercono tam studnię, sprowadzano wodę z źródła Matrha – rozlewni wody w Szczawnie-Zdrój, także należących do Hochbergów, przez drewniany mostek nad rzeką, po którym obecnie można odnaleźć tylko nieliczne ślady w dolinie, a nieobecność którego sprawia, że trzeba się wdrapywać stromym szlakiem.

Dziś malownicza ruina, do której nie wiedzieć czemu nie prowadzą nawet szlakowskazy. Cudnie było się zgubić z Córką w parku Hochbergów, iść starymi ścieżkami i dziwić się, ze nie są oznaczone, choć wszystkie znaki na ziemi wskazywały na to, że to był kiedyś szlak :) Znajdować zarośnięte punkty widokowe i chłonąć widoki znad doliny Pełcznicy.

Mój piątkowy cel bez celu. Pojechać,zgubić się, by znów się odnaleźć. Wejść, usiąść nad przepaścią, wziąć głęboki oddech, by znów zejść.
I wrócić…

[print_gllr id=752]

 

Słowo na niedzielę: Emigracja

Miał tutaj powstać dziś zupełnie inny wpis, ale pomyślałam, że ktoś mógłby uznać, ze namawiam Was do rzeczy sprzecznych z prawem. Zawsze znajdzie się wszak ktoś życzliwy, kto uprzejmie doniesie, kto przeinaczy, lub kto po prostu nie zrozumie…

Dziś będzie znów o emigracji (wcześniej na temat emigracji pisałam TU). O dość pewnym aspekcie tego bardzo powszechnego zjawiska.  Mianowicie o manii wyższości wobec Polski i Polaków. A przez kogo? Przez Polaków, którzy wyjechali.
Niedawno dotarły do mnie fragmenty rozmowy dwóch osób. Polaka z krwi i kości, oraz osoby z kręgów naukowych. Głównym nurtem ten dyskusji, że Polak uznany został przez Naukowca za „głupiego polaczka”, bo pracuje w „debilnym kraju” za marne grosze, kiedy to Naukowiec ma spokojną posadkę na zagranicznym uniwersytecie.
Otóż prawda jest krótka i taka, że ten „debilny kraj” wykształcił tego Naukowca za pieniądze „głupich polaczków”. Co więcej, mimo że w kręgach naukowych zagranicznych Naukowiec może być szanowanym pracownikiem, dla przeciętnego obywatela tamtego kraju będzie tylko głupim polaczkiem. Ot historia lubi płatać figle.

Należałam kiedyś (w 2006 roku) do fajnej grupy dyskusyjnej o książkach. Była to polska grupa, dość zamknięte grono, a większość osób w niej uczestniczących mieszkało w naszym kraju. Było też kilku emigrantów. Zaprzyjaźniłam się wtedy z Agnieszką, która pracowała na Wyspach. Wiecznie chwaląca się jak tam jest fajnie, czego ona nie ma. Nasze rozmowy przeszły na płaszczyznę prywatną i zapytałam wprost, czy faktycznie jest tam tak pięknie. Powiedziała bez ściemy, że to nieprawda. Ale co ma powiedzieć, tak jej wstyd. Zwłaszcza, że jej sytuacja rodzinna w Polsce była taka, że do czego, kogo i gdzie nie miała wracać.
Bo okazuje się, ze emigracja to nie takie eldorado jak mogłoby się wydawać. Choć nie przepadam za tygodnikiem Newsweek odkąd Tomasz Lis zajął miejsce redaktora naczelnego po Wojciechu Maziarskim, to w ramach przeglądu prasowego zaglądam i tam. W czerwcu tego roku zwróciły moją uwagę dwa artykuły, które pragnę Wam polecić: TEN i TEN. Przyznam szczerze, że to bardzo rzadka sytuacja, że coś w tym czasopiśmie zwraca moją uwagę.

Reasumując, mam kilku przyjaciół, którzy emigrowali, którym się wiedzie, lub mniej. Którym kibicuję z całego serca. Mam też kilku przyjaciół, którzy wrócili z emigracji, a mimo to po latach twierdzą, że chcą znów emigrować, gdyż w Polsce trudno jest im się utrzymać. Mam także przyjaciół, którzy powróciwszy z emigracji twierdzą, że wrócili, bo przekonali się co jest najlepsze. Ale gdy ktoś jednak obrazi mi Polskę prosto w oczy, jak zrobił to ów Naukowiec strzelę w pysk. Bez uprzedzenia.

 

Słowo na niedzielę: Święto Wojska Polskiego

Wprawdzie dzisiaj nie niedziela, ale dzień szczególny – Święto Wojska Polskiego. W kościele katolickim dodatkowo dzisiaj obchodzimy Święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny (do nieba anieli wzięli ja z ciałem i jak to w starym dowcipie stoi: teraz mają tam codzienną rewię mody). W tradycji polskiej święto to zwane jest też Świętem Matki Boskiej Zielnej jako patronki ziemi i bujnej roślinności. Na tę okazje przygotowuje się wiązanki ziół i kwiatów, które zostają poświęcone na uroczystej eucharystii.

Bukiet do poświęcenia kupiony w kościele
Bukiet do poświęcenia kupiony w kościele
Mięta, szałwia i melisa, moje zioła.
Mięta, szałwia i melisa, moje zioła

Dzień Wojska Polskiego jest obchodzony 15. sierpnia od 1992 roku, jest to święto Sił Zbrojnych Rzeczpospolitej Polskiej. Upamiętnia ono zwycięską Bitwę Warszawską podczas wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Przed 1992 rokiem najpierw obchodzono Dzień Żołnierza (do 1947 roku), później ustanowiono Dzień Wojska Polskiego (12. października).

Dziś naszym patriotycznym obowiązkiem powinno być pójście na cmentarz i zapalenie znicza za naszych poległych na wojnie Braci i wywieszenie flagi. O ile pierwszą czynność wykonałam, to drugiej nie. Dlaczego? Posłuchajcie.

Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego nie wywieszamy flagi. W święto narodowe. Setki flag powiewa na domach, gdy idzie się ulicą. Któregoś roku zbuntowałam się i mimo przestróg powiesiłam flagę i u nas, choć mieszkamy w głębi ulicy, że naszego domu z ulicy nie widać. Flaga wisiała mimo ukradkowych spojrzeń w domu.
Na drugi dzień ściągnęłam flagę zadowolona i ku mojemu zdziwieniu zauważyłam, że moja flaga jest osrana. Tak właśnie – osrana. Ze łzami w oczach z mojej Polskiej Flagi ręcznie spierałam zaschnięte ptasie gówna, w ilości przemysłowej. I wiem jedno. Nigdy nie pozwolę, aby ktokolwiek srał na Polską Flagę, choćby miał to być gołąbek pokoju z gałązką oliwną w dziobie, którego kazano kolorować mi w przedszkolu z okazji pogłębiania moje patriotyzmu dziecięcego.

Z okazji Święta Wojska Polskiego naszła mnie jeszcze taka refleksja mała i na wspominki mnie wzięło. Otóż mało kto pamięta, że w szkole średniej brałam udział w politycznej debacie (szkolnej oczywiście) dotyczącej Unii Europejskiej. Tak, to były czasy, przed przystąpieniem Polski do tej międzynarodowej organizacji. Występowałam po stronie przeciwników przystąpienia Polski do Unii Europejskiej i jako główny powód swojej racji i wypowiedzi podawałam osłabienie suwerenności militarnej, osłabienie pozycji Wojska Polskiego, oraz niepodległość… Oczywiście piłeczkę odbito tarczą antyrakietową, a nas przeciwników i tak było za mało, by w „referendum unijnym” przegłosować projekt.
Kilkanaście lat po tym wydarzeniu na zimno mogę ocenić, że cholera jasna miałam rację. Choć nigdy nie czułam się dobrym mówcą. Nasze Wojsko właściwie nie istnieje. Gorzka prawda. Trudna do przełknięcia…

Władysław Broniewski – Bagnet na broń

Kiedy przyjdą podpalić twój dom,
ten, w który mieszkasz – Polskę,
kiedy rzucą przed siebie grom,
kiedy runą żelaznym wojskiem
i pod drzwiami staną, i nocą
kolbami w drzwi załomocą –
ty, ze snu podnosząc skroń,
stań u drzwi.
Bagnet na broń!
Trzeba krwi!

Są w ojczyźnie rachunki krzywd,
obca dłoń ich też nie przekreśli,
ale krwi nie odmówi nikt:
wysączymy ją z piersi i z pieśni.
Cóż, że nieraz smakował gorzko
na tej ziemi więzienny chleb?
Za tę dłoń podniesioną nad Polską –
kula w łeb!

Ogniomistrzu i serc, i słów,
poeto, nie w pieśni troska.
Dzisiaj wiersz – to strzelecki rów,
okrzyki i rozkaz:
Bagnet na broń!
Bagnet na broń!
A gdyby umierać przyszło,
przypomnimy, co rzekł Cambronne,
i powiemy to samo nad Wisłą.

(z tomu „Bagnet na broń”, 1943)

DSCN0787

 

Chwała i cześć Poległym!

Słowo na niedzielę: Odpust

Odpust parafialny jest jednym z bardzo polskich obrazków. W mojej parafii dzisiaj odbył się odpust ku czci św. Wawrzyńca. Z jednodniową obsuwą, bo powinien być wczoraj – 10. sierpnia. Jest to uroczystość kościelna, chrześcijańska.

Na odpusty parafialne składa się kilka rzeczy, uroczysta liturgia, często koncelebrowana przez gości – w tym roku zawitał do nas ks. Rektor Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu. Ważnym punktem odpustu parafialnego jest procesja w okół kościoła, a jeśli się nie da – tak jak u nas – to po ulicy. Procesja jest podobna do procesji podczas Bożego Ciała, tylko w ludzi (co do ilości) uboższa.

Sam odpust jest w kościele katolickim bardzo ważny i ma wiele konsekwencji. Ponieważ tydzień temu odbył się pogrzeb mojego Taty, mogłam nasze jestelstwo na tej uroczystości i modlitwę ofiarować w intencji Ojca, aby jego dusza jeśli nie udało się do nieba jej dotrzeć, trafiła tam.

Jedynym akcentem, który mi się nie podoba w odpustach, to sprzedaż badziewi na kramikach. W tym roku prym wiodły pistolety i inne rodzaje broni. Zanim doszłam w ogóle do kościoła, po drodze spotkałam grupkę kilkuletnich dzieciaków wracających z kościoła z bronią w ręku. Choć jak widać różańce też się znalazły.

Nie chodzę do kościoła często, ale tych typowo polskich kadrów, tradycyjnych, mocno zakorzenionych darować sobie nie mogłam.

O św. Wawrzyńcu można przeczytać TU

[print_gllr id=678]

 

Niemcza – Rynek

Wydarzenia ostatnich tygodni sprawiły, że dawno tu żaden tekst nie powstał. W ramach chwili oddechu chciałam pokazać Wam miejsce – małe miasteczko, które przypadkiem i po drodze udało nam się odwiedzić.

Ostatnio naszą metą jest plac zabaw w Ząbkowicach, zwany przez nas rurami. Po drodze mijamy ciekawe miejsca, które kuszą nas brązowymi tablicami.  Postanowiłyśmy przespacerować się po niemczańskim rynku.

Niemcze znam z dzieciństwa z perspektywy pociągu relacji Wrocław – Międzylesie, kiedy to mówiono mi, że tam są bajeczne krajobrazy – takie też pozostały w mojej pamięci.
Przy samym wjeździe do centrum mieściny widoczne były stare mury miasta, czego niestety z pozycji kierowcy (pasażerka na tylnym siedzeniu nie do końca radziła sobie z takimi wyzwaniami) nie udało mi się sfotografować.
Wzruszyła mnie historia tego miasteczka, gdyż jego korzenie sięgają czasów słowiańskich, skąd prawdopodobnie pochodzi nazwa niemczańskiego grodu i sięga VI w.n.e.
Chciałabym kiedyś zrobić więcej zdjęć tego pięknego starego grodu.

Podczas prac archiwalnych natrafiłam na kilka ciekawych wzmianek na temat depozytów pozostawionych przez mieszkańców miasta w czasie II Wojnie Światowej. Ciekawe były też informacje na temat przedwojennych wykopalisk archeologicznych, ale to też tylko przejrzałam, nie wgłębiając się. Dla zainteresowanych informacji dużo jest w Archiwum Państwowym we Wrocławiu.

Archiwalne zdjęcia niemczańskiego rynku można zobaczyć TUTAJ

[print_gllr id=649]

 

Słowo na niedzielę: Rodzina

Zauważyliście, że w zeszłym tygodniu nie było Słowa na niedzielę? W zeszłym tygodniu cała niedziela była dla mojej Córki. Bo najbliższa rodzina jest najważniejsza.

Kazik Staszewski śpiewał:

Kochajcie dzieci swoje – to się potem opłaca 
Kochajcie dzieci swoje – miłość pomnożona wraca 
Kochajcie dzieci swoje – wy tworzycie im wspomnienia 
Kochajcie dzieci swoje – uczuć wypełnienia 
Kochajcie dzieci swoje – to odpowiedzialna praca 
Kochajcie dzieci swoje – ale potem się opłaca 
Kochajcie dzieci swoje – to nie jest wszystko jedno 
Czy na wasz widok śmieją się czy bledną 

Tata i Mama do życia brama 
Opoka pierwsza najważniejsza

Moja Babcia mawiała, że dzieci są najważniejsze. Sama od 6. roku życia wychowywała swoje rodzeństwo, kiedy zmarła Jej Mama. W czasach niemieckiej okupacji została wywieziona wgłąb Rzeszy do pracy, gdzie zajmowała się dziećmi. Później w wieku 16. lat wyszła za mąż za Dziadka, który miał pięcioro swoich dzieci. Z dziadkiem na świat powołali dzieci aż dwanaścioro. Wszystkie dzieci babcia kochała. Później wychowywała wnuczęta. Zanim zmarła doczekała się pierwszych prawnucząt.
W rodzinie mówi się, że była to kobieta tak dobra, że poszła do nieba od razu.

Moja Babcia mawiała, że dzieci nazywają swoich rodziców, tak jak na to zasługują. Tak więc, jeśli dziecko mówi do Ciebie „Matko”, nie czuje się zbyt dobrze, a mówi to tylko przez szacunek. Najszczęśliwsze dziecko do mamy mówi „Mamusiu”. Zarzucała sobie, że nie jest wystarczająco dobrą mamą, gdyż dzieci mówią do Niej „Mamo”. Była najlepszą jaką mogła być. A nie mówili ze względu na ogromny szacunek jaką Ją darzyli.
Babcią też była cudowną. Kiedy dostałam za coś lanie od rodziców, wzięła mnie za rękę i poszła na nich nakrzyczeć, że nie mają prawa dzieci bić.
Kiedyś dostała emeryturę, dała mi z niej 10 zł. Nie chciałam przyjąć, gdyż to była bardzo biedna osoba, to tak abym słyszała, rodzicom moim wyrzucała, co za niewdzięczne dziecko ze mnie. Poszłam na lody.

W niedzielę stworzyłam Córce kolejne piękne wspomnienia, niektóre fakty przeżywa już cały tydzień!
Bo Rodzina jest najważniejsza!

DSCN6250

Znów cmentarz w Świętoszowie

Nie tak dawno pisałam o cmentarzu w Świętoszowie na swoim blogu. Poprzednie zdjęcia pochodziły z 2008 roku.
Wczoraj udało się, choć w deszczu, wyskoczyć na ten cmentarz. I to co zobaczyłam przyprawiło mnie o małe zdziwienie. Jakbym w zupełnie innym miejscu się znalazła. Ja rozumiem, że wioseczka jest rozwojowa, to i kwater na cmentarzu brakuje, to istnienie tamtych nagrobków –  mimo że nie polskich, a rosyjskich – uważałam za bardzo ciekawe miejsce, miejsce pamięci. Jakoś czuję się nieswojo z tym usunięciem, skądinąd ciekawych grobów.

Z tego co przeczytałam tutaj:
http://dolny-slask.org.pl/544497,Swietoszow,Cmentarz_komunalny.html
udało mi się zrobić poprzednie zdjęcia w ostatniej chwili.

[print_gllr id=602]

Polecam zajrzeć także tutaj:

http://dolny-slask.org.pl/512811,Swietoszow,Cmentarz_zolnierzy_rosyjskich.html

Cmentarz Żołnierzy Polskich

Gdy się wjeżdża od południowej strony do Wrocławia, ponad głowami widać husarskie skrzydła. To cmentarz Żołnierzy Polskich, którego cała historia do przeczytania w poniżej, do której dodać jedynie mogę, że stosunkowo niedawno, bo w 2006 roku jak dobrze pamiętam, na cmentarzu pojawił się krzyż, którego dotychczas nigdy nie było – a stawiany był, niezupełnie legalnie brzozowy krzyż.
W miejscu tym bywałam bardzo często w dzieciństwie, gdyż wychowywałam się nieopodal. Więc pomimo, że to bardzo ważne miejsce pamięci, to darzę je szczególnym sentymentem.
Uważam, że chcąc zwiedzać Wrocław, to miejsce powinno być jednym z ważniejszych punktów odwiedzin.

[print_gllr id=474]

Polecam Hydral, na którym można między innymi zobaczy także archiwalne zdjęcia cmentarza:
http://dolny-slask.org.pl/509106,Wroclaw,Cmentarz_Zolnierzy_Polskich.html

Słowo na niedzielę: Oświata

Zaczęły się wakacje, w piątek uczniowie szkół podstawowych, gimnazjalnych oraz średnich odebrali swoje świadectwa i z wielką ulgą i radością rozpoczęli długo wyczekiwane wakacje. Mija 10 lat od mojego ostatniego zakończenia roku szkolnego (choć wydaje mi się, że wtedy maturzyści odbierali swoje świadectwa wcześniej). Ale moja przygoda ze szkołą się nie skończyła, do dzisiaj mam regularny kontakt z Licealistami.

Kiedy byłam uczniem wydawało mi się – tak też mi tłumaczono – że wszelkie problemy z nauczycielami, ich złośliwość, mój brak zrozumienia przedmiotu zaczynają się we mnie i tam też mogą się skończyć. I pewnie z perspektywy czasu uważałabym dalej, gdyby nie owi Licealiści i moje rozmowy z nimi. Bo tak naprawdę 17-latkowi przykleja się często łatkę zbuntowanego nastolatka, a to co on mówi traktuje się jako przesadę.

Weźmy pod lupę jedną z bardziej renomowanych szkół średnich we Wrocławiu, lekcje fizyki. Przychodzi nauczyciel na lekcje. Siada. Nie sprawdza obecności, włącza komputer. Wysyła ucznia po kawę. Klasa żyje własnym życiem, nauczyciel gra w pasjansa, albo przegląda tablicę na Facebook. Po 20 minutach nauczyciel wstaje, zapisuje na tablicy temat, rysuje kilka wzorów. Nie pokazuje żadnych doświadczeń, bo nie ma na to czasu, a przecież fizyka jest taka ciekawa, ale i bardziej zrozumiała dzięki doświadczeniom własnie. Robione jest średnio jedno zadanie obliczeniowe na lekcję. Realizowany jest program podstawowy, bardzo okrojony w stosunku do tego, czego uczono nas te 10 lat wcześniej. A potem przychodzi czas sprawdzianu. I jest kosmos. Zadania z kosmosu. Wzięte ze zbiorów zadań i książek z lat 70-tych, gdzie program był dużo wyższy, nawet niż 10 lat temu. Albo na sprawdzianie dobry wynik, ale ów nauczyciel rozwiązałby to inną metodą – nie mówiąc jaką. Szczytem możliwości jest ocena dostateczna, a połowa klasy na świadectwie ma dwóję z fizyki.  A według kryterium ocen z fizyki na tę dwóję uczeń zna i rozumie prosty materiał przerabiany na lekcjach, rzadko posługuje się językiem fizycznym, robi to tylko w najprostszych sytuacjach, potrafi rozwiązać jedynie proste zadania i to z pomocą nauczyciela, nie stosując usprawnień i aparatu matematycznego, nie potrafi opisać zjawisk z życia codziennego za pomocą fizyki, wykresy i diagramy czyta tylko z pomocą nauczyciela, rzadko potrafi streścić prosty tekst fizyczny. Prac samodzielnych i dodatkowych nie wykonuje. Dwóję na uczniowskim świadectwie uważam nie tylko za porażkę ucznia, ale i porażkę nauczyciela, bo nauczyciel powinien zrobić wszystko, aby uczeń potrafił wykonać samodzielnie wyżej pokazane wymagania. Ale nie zrobi tego, grając część lekcji w pasjansa. Ocena ucznia jest też oceną nauczyciela.  Jeśli połowa klasy ma ocenę dopuszczającą, to świadczy tylko o tym, że nauczyciel nauczył ich na tę dwóję.

Ja mam na swoim świadectwie szkolnym oceniającym dorobek całych czterech lat, ocenę dwa z języka polskiego. Oznacza to, ze nie umiem odróżnić od siebie poezji, prozy oraz dramatu, nie potrafię określić tematyki utworu, który czytam, nie widzę związku utworu literackiego z kulturą i sztuką, nie podejmuję prób włączenia się do dyskusji, a jak się już wypowiem, to nie jest to płynna i poprawna stylistycznie wypowiedź. Nie odwołuję się do autorytetów, nie potrafię bronić swojego stanowiska, nie parafrazuję, a swą wypowiedź przerywam kolokwializmami. Kiedy przyniosłam świadectwo do domu moja Mama zapytała:
– No ale dlaczego?
– Nie wiem. – odpowiedziałam – Jestem tępa.
– Za mało się uczysz!
-Ale przecież Pani R. dołączyła moją poezję do swojego dorobku naukowego, wystawała w teatrzyku moje scenariusze. To nic nie znaczy?
– Nie wiem.
– Jakie to ma znaczenie? Są już WAKACJE!

Oświata jest to działalność ogółu powiązanych ze sobą placówek i instytucji zajmujących się upowszechnianiem kształcenia, wychowaniem bezpośrednim i pośrednim, umożliwiając obywatelom zdobywanie ogólnego i zawodowego wykształcenia oraz zapewniając możliwość wszechstronnego rozwoju osobowości, które są niezbędne przyszłemu obywatelowi.
Nie dajmy się zamknąć w programowe ramy, klucze odpowiedzi i jedną i tę samą wersję interpretacji danego utworu.
Ocena natomiast jest z definicji subiektywną miarą, którą zastosował wobec Twojej osoby (nie tylko wiedzy) nauczyciel.

Dziennikarz Tomasz Rożek z analizy własnego tekstu na maturze dostał jedynie 70%, gdyż jego odpowiedzi nie zgadzały się z ustalonym kluczem. (link zewnętrzny: http://natemat.pl/60985,dziennikarz-zdobyl-70-proc-na-maturze-polskiego-analizujac-wlasny-tekst-klucze-odpowiedzi-to-nieporozumienie)

W ostatnich dniach cała Polska żyje historią kobiety, która po zatarciu się wyroku, za zakatowanie 5-letniego syna swojego partnera, wróciła do zawodu nauczyciela oraz pracowała w Ministerstwie Edukacji Narodowej.

Do wpisu wykorzystałam przedmiotowe systemy oceniania zalecane przez MEN.

Ziemia Ząbkowicka

Często jadąc do pracy lub wracając z niej, nie zauważamy, że mijamy całkiem ciekawe miejsca. Jakie dobrodziejstwa nas omijają. Postanowiłam wyjść temu na przeciw  i wygospodarować kilka chwil, podczas mojej pracy w oddziałach zamiejscowych Archiwum Państwowego we Wrocławiu. Niestety praca w archiwum mnie pochłonęła, a czas gonił,  gdyż miałam odebrać dziecię z przedszkola i tylko mogłam odwiedzić i uchwycić na fotografii niewielki ułamek tego, co można zobaczyć w Ziemi Ząbkowickiej.

Jako, że Archiwum ma oddział w Kamieńcu Ząbkowickim, a Kamieniec to piękne miasteczko, w którym znajduje się piękny pocysterski klasztor, zamek i to co bardzo lubię – wiadukt kolejowy. Zamek niestety okazał się być dla mnie niedostępny, gdyż było ślisko, ja z kontuzją. Drugim razem miałam coś innego w planach. Zresztą pouczono mnie, że ponoć jest ogrodzony (co widać na zdjęciu) i psy biegają (choć tych obecności nie zanotowałam)

[print_gllr id=438]

Na drugi – troszkę cieplejszy wyjazd – zaplanowałam Ząbkowice Śląskie (drugi raz), ale tym razem w planie było wejście na Krzywą Wieżę.  Co dokonało się w całkowitej samotności – ja i przewodnik. Rok temu byłam w okolicach zamku, nie wiedziałam nawet, że można i zamek z przewodnikiem zwiedzić. Tym razem ponoć był zalany. A poprzednim razem okolica nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia – wszędzie psie odchody, jakby to była miejska psia toaleta, a nie zabytek, wizytówka miasta. Śliczny jest też Ratusz, oraz cały Ryneczek. Warto było znaleźć chwilę czasu, by tam pojechać.

[print_gllr id=425]

 

Stacja kolejowa w Węglińcu

Kiedyś często jeździłam koleją, różnymi trasami. Niesamowicie zachwyca mnie krajobraz, który obserwuję z okna pociągu. Natomiast uwielbiam fotografować stacje kolejowe .

Szczególnym sentymentem darzę stację kolejową w Węglińcu. Jeden z wielu stacji, gdzie zarazem odbywa się ruch pasażerski, a obok  funkcjonuje stacja przeładunkowa.
Niejednokrotnie obserwowałam tam przepychanie wagonów.

Pociągi mają to do siebie, że często się spóźniają i bywało tak, że spędzałam tam niejednokrotnie bardzo dużo czasu.
Bywało tak, ze rozmawiałam z obcymi ludźmi, pasażerami, ale także pewien SOKista oprowadzał mnie po torach pokazując tu i ówdzie tajniki i ciekawostki tego dworca. Opowiadając mi historię i plany, których i tak nigdy się nie zrealizuje. Pierwsze cztery zdjęcia galerii zostały wykonane na jego polecenie. Pierwsze dwa, to duże wrony mające symbolizować potęgę Niemiec. Kolejne to małe pozostałości posążków – głów. W komplecie są po jednej stronie, po drugiej ostała się jedna. Oraz posążek na szczycie dachu. Rzeczywiście są one ciekawe, ale pasażer nie jest ich w stanie wypatrzyć, gdyż zasłania widok wiata, a posążki są dobrze widoczne dopiero z trzeciego toru, na którym pociąg pasażerski nie staje.

W Węglińcu na dworcu jest pusto.  Kiedyś w kawiarence sprzedawano najsmaczniejsze pączki w okolicy. Teraz są tam puste sale, zamknięte. Dopiero jak zaczyna się wsiąkać w ten dworzec, zaczyna się zauważać jak sporo ludzi tam pracuje.

W Węglińcu na dworcu żyją koty. Jest ich bardzo dużo. Mają tam nawet na peronie swoje miseczki, do których ludzie wrzucają jedzenie. Są wybredne, mojej kanapki nie chciały.

W Węglińcu na dworcu nie ma toalet. Są, ale nie czynne, zwłaszcza wieczorami, nawet latem, gdy już jest bardzo ciemno.

W Węglińcu na dworcu jest pięknie.

[print_gllr id=360]

 

Słowo na niedzielę: Okręt

Z góry uprzedzam, że mam wielu znajomych oraz przyjaciół, którzy wyjechali z kraju.  Wszelkie określenia jakie tutaj użyję, wydawać by się mogły pejoratywne,  nie mają na celu obrażać, a jedynie omówić sytuację naszego kraju.

Ponieważ mój dziadek służył w Marynarce Wojennej (stopień wojskowy: bosmanmat; specjalizacja: fotograf)* dziś przedstawię morskie opowieści.

Otóż wiecie po czym można poznać, że Okręt tonie? Pierwsze uciekają szczury. W takiej ilości, że można się zdziwić, że tych szczurów było aż tak wiele. Ale nie ma czasu na zdziwienie, bo kiedy zaczynają uciekać, powinien to być sygnał dla kapitana, że trzeba natychmiast podjąć jakieś kroki w celu zminimalizowania zagrożenia dla reszty pasażerów.
Bo dla kapitana najważniejsza powinna być Jednostka – Okręt. I załoga. Jeżeli jest inaczej, to taka osoba nie powinna być dłużej kapitanem.
Jeżeli ów kapitan nie zauważa uciekających szczurów, świadczy tylko o jego nikłej wiedzy na temat działania Okrętu. Jeżeli zauważa, a nic nie robi to uprawia jawną dywersję.  Taki kapitan powinien natychmiast opuścić Okręt.
Nie wolno dopuścić, żeby kapitan zszedł ostatni z kapitańskiego mostka, kiedy nic nie zrobił, by zapobiec katastrofie Okrętu. Takiego kapitana  załoga powinna zdjąć z mostka jak najszybciej.
Bo większości katastrof można uniknąć, są one błędem kapitana. Zawsze na widok szczurów można wykonać zwrot. A same szczury wyczuwają katastrofę chwilę przed nią samą.

Tak więc do szczurów nic nie mam, choć pewnie chętnie podniosły by się głosy, poleciały kamienie w moją stronę.
Nie rozumiem tylko jednego, jak można dostać – często za darmo lub za cenę utrzymania  – solidne wykształcenie, wiedzę, umiejętności. Największe dobro, przekazywane sobie przez pokolenia. I oddać to za bezcen komuś innemu. Przeliczyć wartość wiedzy, umiejętności, na walutę dla jednostki.
To tak jak do naszego Okrętu podpłynęła inna jednostka, a nasz kapitan powiedziałby, lub dał przyzwolenie na to, by nasi komandorzy przeszli na inny okręt tam mówić, jak lepiej rozwijać żagle, by okręt wydajniej płynął, podczas gdy nasz się chyli.

Kiedy Okręt opuszczają szczury nie jest najgorzej, bo to sygnał, by coś  zrobić. Jeśli natomiast Okręt opuszcza wykwalifikowana załoga, znaczy się że Okręt po prostu tonie.

 A tym czasem sezon ogórkowy się rozpoczyna:

DSCN5937

Nie dajmy sobie dalej mydlić oczu pierdołami.  Zmieńmy kapitana.

I na koniec, zapomniałabym dodać, chciałam opowiedzieć taką historię:
Kiedy byłam w Liceum na lekcji języka polskiego podczas przerabiania lektur opisujących czasy okupacji, zapytani zostaliśmy przez nauczycielkę, co zrobilibyśmy gdyby w naszym kraju wybuchła wojna. Ogromnym zdziwieniem dla mnie było, że większość klasy (29/32) odpowiedziało, że uciekłoby do innego kraju. „Pójdę walczyć o Polskę” – powiedziałam ja, kolega z Narodowej Młodzieżówki i koleżanka, która chciała mi się tymi słowami przypodobać, bo jako pierwsza z całej trzydziestki dwójki uciekła z Polski.

Kto pójdzie walczyć, gdy wszyscy już uciekną?

__________________
* Dziadek ani razu nie wszedł na okręt ;) I specjalizował się poza wymaganą fotografią, wykonywaniem aktów żon i kobiet Oficerów :)

Słowo na niedzielę: tradycja i halo

Ostatnio wiele zmian się dzieje tutaj, to wszystko by usprawnić funkcjonalność strony.  Mam nadzieję, że to wszystko na plus. Już niedługo swój wygląd zmieni galeria, ale też, jak się uda, pojawi się tematyczne menu, aby łatwiej można było przejrzeć nagłówki postów – one też postaram się konstruować nie tyle ciekawej, ale by było wiadomo o co chodzi. Artykuły będą pojawiać się cyklicznie.

Od pewnego czasu, zastanawiam się co ja – kobieta + 1 – mogę zrobić dla Polski. Wybory są raz na kilka lat i jako jednostka mam niewielki wpływ na ich przebieg. Nie wyjdę z mieczem też na szafot, by ściąć kilka głów – a przydało by się. Nie stanę też na Rynku z transparentem i nie zacznę skandować propagandowych haseł – szybko mnie ściągną. Organizować partii nie będę – za słaba jestem. Mogę cichym głosem wśród wielu głośnych pisać sobie tutaj. W moim prywatnym miejscu.

A dziś napiszę Wam o tradycji. Jest to mój mały prywatny sposób na patriotyzm. Mianowałam się Strażnikiem Tradycji Polskich.  Tradycji rodzinnych. Tyle pragnę zrobić dla mojej ukochanej Polski, podtrzymać, pielęgnować, uszanować tradycję. Zachować w sercu, przekazać ją Wam i pokoleniom. Chociażby szacunek do Hymnu Narodowego i tego, że należy stanąć na baczność, odsłuchać, odśpiewać, zadumać się i spocząć. Że minimum przyzwoitości jest znać tytuł Hymnu, autora pieśni, oraz jej cały tekst.
Tutaj przypomina mi się taka historia z lat 90-tych, kiedy to mając lat 14 uczęszczałam do 8. klasy Szkoły Podstawowej, na zajęciach z informatyki – 5 osób przy jednym komputerze – Nauczyciel pokazywał jakiś dos’owy programik, w którym punktem kulminacyjnym było odsłuchanie Hymnu Narodowego wybranego kraju. Część dzieciaków wybierała Polskę – wiadomo, nasz kraj, nie ukrywając przy tym ówczesnej fascynacji Niemcami, Francją, a przede wszystkim Stanami Zjednoczonymi. I tak na forum klasy, w ciasnym pomieszczeniu siedząc, co odegrano Nasz Hymn, ja stawałam na baczność. Hymn – baczność, Hymn – baczność, Hymn – baczność. Do momentu, aż Nauczyciel się zorientował, że uczniowie dziwacznie patrzą na wstającą i siadającą osobę, zarządził zmianę programu i pisanie w Wordzie. Choć nie, przysiąc bym mogła, że nikt tego nie zauważył – poza Nauczycielem i jednym kolegą, który się zorientował o co chodzi i wstawał pod koniec ze mną.
Tak więc usłyszysz Hymn w telewizorze, bo zawodach sportowych chociażby, proszę Cię, powstań! A w dupie miej, że krzywo patrzą!

To była dość mocna, gruntowna tradycja, postawa. Ale popatrzmy na te pomniejsze. Bardziej babskie może. Korzystanie z naturalnych dobrodziejstw naszej Polskiej Ziemi. Już poprzednio pisałam wklejając link od Maruchy, że w sklepie to raczej możemy kupić gówno w papierku, niż dobre jedzenie. Nasza Ziemia rodzi, płodna jest bardzo. Zachęcam więc szczerze do codziennego spożycia płodów rolnych, polskich, naszych. A z nadmiaru proponuję robić przetwory. Już słyszę głosy, że się nie opłaca, że szkoda czasu. Przepraszam, ale bardzo się opłaca. Obecnie mamy sezon truskawkowy, przy dzisiejszej rynkowej cenie truskawek 5 zł za kg, oraz cukru naciągając w górę bardzo 4 zł. za 6. słoiczków dżemu truskawkowego własnej produkcji – uwzględniając koszty zużycia wody i gazu wychodzi ok. 2 zł za słoik. I w tym słoiku znajdziesz truskawkę, całą/pół. Że smakuje Ci bardziej kupny dżem nie wątpię, jest on nafaszerowany chemią i polepszaczami, że nie ma możliwości Ci nie smakować.  Nie masz czasu? Ja będąc sama z dzieckiem, pracując, prowadząc dom, wykonując także mniejsze, a czasem większe naprawy usterek technicznych – od wymiany gniazdek, po wymianę klozetu i spłuczki – nie mogąc obowiązków podzielić na 2, jakoś mogę znaleźć czas na zrobienie kilku słoików. A przetwory robiła moja Babcia – wychowując szesnaścioro dzieci. Robiła moja Mama. Nasza rodzinna tradycja. Polska tradycja.
Uszanuj ją. I uszanuj siebie, zwracając uwagę na to, co jesz i jak wiele tracisz. Jak marnotrawisz dobrodziejstwa natury – w zeszłym roku był prawdziwy wysyp jabłek, moje serce płakało nad uginającymi się jabłonkami, potem nad gnijącymi owocami. Sama wykorzystałam tyle ile się da, robiąc ogromne zimowe zapasy, ale też obdzielając przy tym przyjaciół.

dżem truskawkowy (część z rabarbarem), 14. czerwca 2013
dżem truskawkowy (część z rabarbarem)
14. czerwca 2013

 

Ostatnio zaniedbałam bardzo fotografowanie. I poniosłam za to karę, gdyż wracając porankiem z przedszkola mojej Córki zobaczyłam obrazek z mojego bardzo wczesno-dziecięcego snu. Stanęłam jak wryta, poleciały mi łzy. Czekałam ponad 26 lat, na powrót do tego miejsca. Szczerze mówiąc nie wiem, czy to był wtedy sen, czy faktycznie jako dziecko byłam w tym miejscu. Teraz stałam zdziwiona i żałowałam, że nie mam przy sobie aparatu fotograficznego. Obiecałam sobie, że na drugi dzień wrócę tam, ale gdy wróciłam niestety nie wyglądało już tak jak we śnie. Uleciało. Podejrzewam, że nigdy już takiego jak w tamtej chwili miejsca owego nie zobaczę.

Pamiętając niemiłe doświadczenie znów noszę aparat w plecaku i  fotografuję, co zobaczę. A coraz częściej na naszym niebie można zobaczyć efekt halo. Kiedyś był widoczny niezwykle rzadko, do tego pojawia się przy ustalonym kącie padania promieni słonecznych. Obecnie nie ma miesiąca, żeby nie było widoczne we Wrocławiu – tak, obserwuję często niebo i bardzo daleko mi do teorii spiskowych.

halo nad Słońcem, było też widoczne po prawej i lewej jego stronie
halo nad Słońcem, było też widoczne po prawej i lewej jego stronie

Nad Polską zbierają się ciężkie czarne chmury. Nieuchronnie zbliża się burza. Będą walić pioruny, bić grad, padać niekończący się deszcz. Będą wielkie straty.
Ale po burzy zawsze wychodzi słońce…

Ojczyźnie naszej cześć!

Słowo na niedzielę: wolność

Nie jestem szczególnie religijną osobą. Z dziada pradziada natomiast jestem katoliczką. Po urodzeniu Córki zobowiązałam się do wychowania Jej w mojej i moich przodków wierze. Konsekwentnie dbam o to, by brała udział w świętach religijnych oraz cotygodniowo uczestniczyła w niedzielnej mszy świętej. Nie chodzi tam ze mną, tylko z Babcią i Dziadkiem. I w tym miejscu chciałam Was uspokoić, to nie będzie wpis o religii, wierzeniach bądź przekonujący, że moja racja jest najmojsza. Nie ma też na celu szerzenie antysemityzmu i rasizmu oraz nienawiści wobec mniejszości narodowych! Czytaj dalej Słowo na niedzielę: wolność

Riese – Koszary SS

Kiedy mój Przyjaciel Wojtek OKI powiedział „Organizuję zlot na Osówce” przetarłam oczy ze zdziwienia. Dobrze zna moje zdanie na ten temat, a brzmi ono: „forsa, pieniądze, szmal”. I to nie do kasy organizatorów, a sponsorów i wszelkich pazernych. Otóż we wrześniu 2008 postanowiliśmy się wybrać razem na chwilę na Zlot Eksploratorów w Walimiu. Zajechaliśmy w sobotę rano na parking w Walimiu, usiedliśmy w kawiarence, piliśmy herbatę i przyglądaliśmy się rejestrującym swoje uczestnictwo zlotowiczom. Jakaż była nasza radość z ichnich rozmów. Czułam, że swoim mało profesjonalnym jeansowym ubiorem lekko odstaję od reszty. Popatrzyliśmy, popukaliśmy się w głowę i poszliśmy się rozejrzeć po okolicy. Wymieniliśmy uprzejmości z zabieganym Darkiem Korólczykiem, który szykował się do wykładu na temat tortur, oraz z Wojtkiem przywitała się także Joaśka Lamparska. Przyjrzeliśmy się także pracą które trwały przy zawale – a dokładnie panu, który zwykłą taczką wywoził małe ilości gruzu z zawału w sztolni (do dziś atrakcją każdego walimskiego zlotu, jest odgruzowywanie tego zawału), oraz grupę dzieciaków bawiących się na kupie gruzu. Machnęliśmy ręką i pojechaliśmy na Włodarz. A zanim dojechaliśmy, zahaczyliśmy o Koszary SS.
Czytaj dalej Riese – Koszary SS

Osła

Ten, kto śledzi moją historię w sieci wie, że ten artykuł pojawia się wszędzie, gdzie ja jestem. Choć można rzec, że jest pechowy, mimo to jest dla mnie bardzo ważny, gdyż poświęciłam sporo czasu, aby go napisać. Jest to także mój pierwszy artykuł eksploracyjny.

Osła to wieś położona wśród lasów na Dolnym Śląsku, około 16 km od miejscowości Bolesławiec w kierunku północno-wschodnim. Najwyższy punkt mieści się 195 m n.p.m. Czytaj dalej Osła

Polak jestem!

Uwaga! Artykuł ten nie ma na celu szerzenie antysemityzmu i rasizmu oraz nienawiści wobec mniejszości narodowych! Artykuł niniejszy ma na celu wyjaśnienie znaczenia słowa Polak.

Rano gdy przeczytałam pierwszy komentarz dotyczący poprzedniego artykułu pomyślałam, że czekałam na niego. Wiedziałam, że ta chwila nastąpi. Więc tak bardzo chcesz mi Człowieku zapchać usta tolerancją, tak bardzo tolerancji ode mnie chcesz, że sam zapominasz się i ziejesz taką nienawiścią, że mi po prostu Cię szkoda. Żądasz tolerancji, to ją okazuj. Ten tryb roszczeniowy w dzisiejszych czasach mnie powala. Czytaj dalej Polak jestem!

Kto Ty jesteś?

Uwaga! Artykuł ten nie ma na celu szerzenie antysemityzmu i rasizmu oraz nienawiści wobec mniejszości narodowych! Artykuł niniejszy ma na celu wyjaśnienie znaczenia słowa Polak.

Według „Słownika języka polskiego” wyróżnia się dwa osobne pojęcia: obywatelstwo i narodowość. O ile obywatelstwo to formalnie potwierdzona przynależność do jakiegoś państwa, narodowością zwiemy przynależność do danego narodu, poczucie tej przynależności. Naród według słownika to zbiorowość ludzi połączonych wspólną tradycją, kulturą, często językiem. Definicje są bardzo płtykie, ale na tyle zwięzłe, że w kilku słowach określają to co mam dziś na myśli. Czytaj dalej Kto Ty jesteś?

Obóz w Rogoźnicy

Urząd Wojewódzki – Wydział Odbudowy zawiadamia, że tegoroczne święto zmarłych obchodzone będzie na Dolnym Śląsku pod znakiem Gross Rosen.
T
eren b. obozu koncentracyjnego w Gross Rosen jest miejscem uświęconym krwią i potem tysięcy ofiar faszyzmu. Ze względu na potrzebę odpowiedniego uczczenia pamięci tych ofiar (…) tegoroczne uroczystości organizowane w Gross Rosen w dniu Święta zmarłych winny być bardzo starannie przygotowane.[1]

Czytaj dalej Obóz w Rogoźnicy

Konrad Stępniewski

Rozmowa z Konradem Stępniewskim, założycielem Stowarzyszenia „Historyczne Sudety” działającym w małej podkowarskiej wioseczce Ścięgny.  Konrad mimo młodego wieku, jest aktywnym miłośnikiem historii Dolnego Śląska, gromadzi materiały archiwalne, ale także czynnie uczestniczy w życiu wioseczki, aktywizując także jej mieszkańców. Ponadto razem z rodziną prowadzi lokalny biznes – sklepik, w którym poza tym, że można się solidnie zaopatrzyć przed wyjściem na szlak,  można także zjeść najlepsze hot-dogi w całym województwie. Czytaj dalej Konrad Stępniewski

Przyjazd do Radkowa

Zima w tym roku wyjątkowo dała nam w kość swoją długością, ale wiosna szybko nadrobiła straty. Z dnia na dzień przyroda wybujała obfitością kwiecia, kolorów i zapachów. Chce się aż wyjechać z miesta, tylko gdzie? Dziś chciałam Wam opowiedzieć o miasteczku, w którym spędziłam część swojego dzieciństwa, a które znajduje się u samych stóp Gór Stołowych. Czytaj dalej Przyjazd do Radkowa

Co kryje las pod Strzegomiem?

Miałam kiedyś taki mały eksploracyjny epizod, który w ostateczności niestety rozszedł się po kościach. Postanowiliśmy z grupą osób, z Wojtkiem OKI na czele utworzyć Stowarzyszenie zajmujące się badaniami terenowymi. Działo się to w 2010/11 roku. Jako pamiątka został mi taki oto artykuł, który napisałam w zasadzie sama z małą wojtkową korektą. Zdjęcia z artykułu pochodzą z archiwum Wojtka i mojego. Zapraszam do Galerii, w której umieściłam sporą część zdjęć z eksploracji, a które nie znalazły się w artykule. Czytaj dalej Co kryje las pod Strzegomiem?

Na wstępie

Dlaczego zdecydowałam się na tę stronę internetową? Kiedyś modne były fora internetowe, gdzie następował przepływ wiedzy, do momentu w którym przestało być w dobrym smaku wykorzystywanie naszej wiedzy do celów własnych przez osoby trzecie – niekiedy zarobkowych. Nasze tezy, przemyślenia okupione ciężką pracą niknęły w przestrzeni lat i setek postów, aby później wyjść na świat jako nie nasze. Sukcesy osób pracujących nad tematem eksploracyjnym, rozwiązania zagadek przyćmiewane były przez odkopujących, lub tych,  którzy to opisali w mediach. Od pewnego czasu modne jest prowadzenie bloga, ja sama się skusiłam i bardzo krótko prowadziłam blog Kobiecym okiem na eksplorację. Jednak czułam się dość ograniczona do tematu eksploracyjnego, a ja chciałabym więcej. Ponieważ czuję się Polką i kocham moją Ojczyznę, chciałabym pokazać Jej piękno. Eksploracja jest ciekawym elementem poznawania Kraju, ale nie chciałabym, aby przyćmiewała to, co chciałabym pokazać. Nie chciałabym także ograniczać się do miejsc, ale pokazać także ludzi, rzeczy, polskość… Dlatego postanowiłam stworzyć to miejsce, tę stronę. Tutaj postaram się pokazać z czego jestem dumna.

Polką jestem od 1984 roku, a samą eksploracją zajmuję się od roku 2007. Nie byłam związana z żadną grupą eksploracyjną, aż do 2011 roku, kiedy zostałam poproszona o współtworzenie Stowarzyszenia Grupa Sztolniowa KLIN. Nasze drogi rozeszły się na początku 2013 roku, ale nie porzuciłam tematu eksploracji. Wręcz przeciwnie wchłonęłam weń jeszcze bardziej.

Moją pasją jest fotografowanie. Nie rozstaję się z moim małym różowym aparatem Nikon. Nie ukrywam, że marzę o nowym, lepszym sprzęcie, ale wszystko w swoim czasie. Wciąż poszukuję idealnego kadru, polskiego kadru…  I o takich kadrach będzie ta strona.

W tym miejscu chciałabym także podziękować ludziom, którzy zmobilizowali mnie do założenia własnej strony i wspierali mnie w czasie jej powstawania. A przede wszystkim Piotrowi, który przez trzy dni pomagał mi w konfiguracji strony, wybierał ze mną design i testował ustawienia. Dziękuję!

cropped-cropped-themill1.png